kwi 17 2009

ladneszkol


Komentarze: 0

Dwójka intensywnie śmierdzących zapachem potu strażników ciągnęła na wpół przytomnego Nimara przez wąski korytarz lochów, oświetlony jedynie nikłym światłem zatkniętych gdzieniegdzie pochodni. Mijali rzędy cel, z których słychać było pełne cierpień pojękiwania. Wreszcie otworzyli jedną z nich i wrzucili go do niej, po czym z głośnym trzaskiem zatrzasnęli żelazną sztabę na drzwiach i odeszli w stronę wyjścia.
Kingstone rozejrzał się po skrytej niemal w całkowitym mroku celi. Całe wyposażenie stanowiły dwie słomiane prycze, wiadro na nieczystości, prosty, drewniany taboret
i pordzewiała miska, zapewne na jedzenie. W kącie dostrzegł też małą kałużę, której źródłem była woda kapiąca z sufitu, a pod ścianą zauważył jakiś worek z materiału.
Usiadł wycieńczony na łóżku mając zamiar się położyć, gdy wtem przerwał mu gardłowy głos:
- Ta prycza jest moja. Nie radziłbym.
Nimar rozejrzał się po celi i zorientował się, że to co wcześniej wziął za worek, było po prostu człowiekiem ubranym w długi brązowy płaszcz z kapturem. Lata młodości miał już za sobą, a jego twarz znaczyło wiele blizn. Jednak w jego oczach wciąć płonął młodzieńczy blask, pełen żądzy przygód. Kingstone podniósł się szybko z pryczy nie chcąc prowokować nowego współlokatora, z którym spędzi zapewne najbliższe kilkadziesiąt lat i usiadł na swoim łóżku.
- Nie zauważyłem cię wcześniej. – powiedział. – Długo tu już siedzisz?
- Nie twoja sprawa – odburknął nieznajomy, po czym założył z powrotem kaptur na twarz
i pogrążył się w drzemce.
Nimar nie mając nic ciekawszego do roboty, szybko poszedł w jego ślady, myśląc o swojej żonie, niecierpliwie oczekującej powrotu męża do domu z rozprawy, a także o córce, nieświadomej niczego co się wydarzyło...

***

Przez następne dwa dni Kingstone mimo ciągłych prób wypytywania współlokatora, nie dowiedział się o nim zupełnie niczego, a ten starał się zachowywać tak, jakby w ogóle go nie zauważał.
Wreszcie po południu Nimar usłyszał kroki obutych w żelazo strażników i wiedziony nadzieją podbiegł do krat. Skierowali się oni prosto do jego celi, lecz zamiast oczekiwanej przez niego wieści o ułaskawieniu, powiedzieli:
- Pozdrowienia od Lorda Rizzena – powiedział jeden z nich uśmiechając się złośliwie. – Chciał ci on przekazać, że całkiem niezła jest ta twoja żona, wczoraj całkiem nieźle się bawili. Tylko trochę się rzucała jak ją przywiązywali do łóżka.
Nimar cały pobladł na twarzy, nieświadomie zaciskając pieści na kratach.
- Potem jak Arnan skończył się nią.... zajmować, oddał ją do dyspozycji nam – dodał strażnik wybuchając śmiechem.
- Przyznam ci, że już wiem dlaczego się z nią ożeniłeś – podjął drugi. – Ona naprawdę jest
w tym świet... – nie dokończył, gdyż Kingstone w końcu nie wytrzymał i pomiędzy kratami uderzył go pięścią, a ten przewrócił się i uderzył głową o kamienną podłogę.
- Ty wieśniaku! – wrzasnął drugi wartownik, po czym wyciągnął żelazną maczugę i zaczął okładać więźnia. Kiedy wreszcie Nimar upadł na ziemię cały zakrwawiony i bezwładny, strażnik podniósł swojego jęczącego kolegę i ruszył z nim w kierunku wyjścia.
Kingstone czuł ból w każdej części swojego ciała i nie był w stanie się ruszyć, lecz nagle poczuł jak ktoś wkłada mu coś zimnego w rękę.
- Masz, wypij to – rozległ się głos jego współlokatora.
Nimar podniósł wzrok na przedmiot w swojej ręce i spostrzegł małą buteleczkę, wypełnioną czarnym, gęstym płynem.
- Co to jest? – wychrypiał z trudem.
- Mikstura leczenia. Udało mi się przemycić tutaj kilka z nich.
- A czemu mi ją dajesz? – zdziwił się Kingstone.
- Bierzesz czy nie? – niecierpliwił się współwięzień.
Nimar nie zastanawiając się długo odkorkował butelkę i jednym haustem wypił całą jej zawartość. Poczuł jak kojące ciepło rozchodzi się po całym jego ciele, aż w końcu udało mu się nawet siąść na podłodze, mimo okropnego bólu, który rozsadzał mu od środka czaszkę.
- A teraz mów, czemu masz na pieńku z tym dupkiem Rizzenem – powiedział nieznajomy.
- Właściwie to sam nie wiem, czemu on się na mnie uwziął – odparł Kingstone. – Ja jestem tylko zwykłym myśliwym i nigdy wcześniej nawet nie spotkałem Lorda Arnana.
- No to za co cię skazali? – zdziwił się współwięzień. – Przecież musieli mieć jakiś powód.
- Wrobili mnie w morderstwo dwójki jego służących. Sfałszowali dowody tak, że wszystko wskazywało na mnie.
- To w jego stylu. Ale widzę, że obaj jesteśmy tu z jego powodu. Jestem Sobies – wyciągnął rękę do Nimara.
- Ty też jesteś niewinny? – uśmiechnął się myśliwy.
Współwięzień wybuchnął śmiechem i odparł:
- Tego bym nie powiedział. Trafiłem do tych lochów specjalnie, ale nie byłbym tu gdyby nie Arnan. Ale to długa historia...
- Mamy przecież kupę czasu. – odparł Nimar. – Powiedziałbym wręcz, że aż za dużo.
- Niech ci będzie – wzruszył ramionami Sobies. – Zacznę może od mojej pracy. Jestem najemnym skrytobójcą – uciszył ręką zaskoczonego myśliwego. – Ten.... skurwiel wynajął mnie żebym zabił jego największego rywala, Lorda Lirka. Oferował mi za to kupę kasy, tyle ile nie widziałeś przez całe twoje życie chłopcze. Był pewien, że mi się nie uda, że co najwyżej zabije kilku ludzi jego wroga zanim sam padnę. Nie docenił mnie. Właściwie to nie było trudne, wystarczyło tylko znaleźć odpowiedni moment. Lirk cały czas był otoczony dziesiątkami strażników, lecz ze swojej rezydencji na cotygodniową mszę jechał karetą
z tylko kilkuosobową obstawą. Do dzisiaj nikt nie potrafi wyjaśnić, kto był sprawcą tamtej rzezi. Jak teraz przypomnę sobie obrazy tamtej walki, to boję się sam siebie. I jest jedna rzecz, której sobie nigdy nie wybaczę – spuścił na chwilę wzrok i zawiesił głos.
- Co się stało? – podchwycił Nimar.
- Lirk wyjątkowo zabrał wtedy ze sobą żonę i dziecko – kontynuował drżącym głosem Sobies. – A nie mogłem zostawić ŻADNYCH świadków. Teraz chyba nie byłbym w stanie tego zrobić. Wtedy powodował mną zimny i opanowany szał, jakże charakterystyczny dla dobrych skrytobójców. Brak żadnych oporów, rozterek, spokój sumienia... – przerwał na chwilę i westchnął głęboko. – Jak mi tego teraz brakuje. Ale wracając do opowieści, jak już powiedziałem, udało mi się wykonać zadanie i wróciłem zadowolony do rezydencji Arnana po należną mi zapłatę. On jednak zdołał się już wcześniej dowiedzieć o powodzeniu mojej misji i choć był niezmiernie zadowolony, był na tyle skąpy, że wolał nasłać na mnie skrytobójców, którzy zaatakowali mnie zaraz po moim wejściu do jego domu. Lecz znów mnie nie docenił. To była zaledwie czwórka gówniarzy, którzy nie wiedzą co to strach. Co to ból. Co to śmierć. Nawet mi ich nie żal, sami sobie w końcu wybrali ten zawód. Oczywiście nie musiałem się długo zastanawiać, aby się domyślić skąd oni się tam wzięli. Jednak wtedy rozległ się alarm i zewsząd zbiegli się strażnicy. Szybko wskoczyłem na dach, potem skoczyłem z otaczającego rezydencję muru i zgubiłem pogoń w wąskich uliczkach miasta. Jednak on wiedział, że ja nie zapomnę. Dopiero teraz zaczął się mnie bać. Wynajął potężnego czarodzieja, który udał się za mną w pogoń. Wiesz, jestem złodziejem od dziecka, znam każdy zaułek w mieście i jestem w stanie zgubić nawet swój cień. Ale jestem zielony jeśli chodzi o magię i śledzenie za pomocą niej. Dlatego kilkukrotnie otarłem się o śmierć, kiedy Isgot - bo tak ma na imię ten mag - mnie znalazł. Życie zawdzięczam wyłącznie swojemu szczęściu i wiernym przyjaciołom, na których zawsze mogłem liczyć. Ale wiedziałem, że
w końcu powinie mi się noga i zginę. Dlatego musiałem jakoś zażegnać niebezpieczeństwo. Dowiedziałem się, że miejskie lochy są otoczone sferą antymagii gdzie nie działają żadne zaklęcia, ze względu na kilku przetrzymywanych tutaj czarodziei. Postanowiłem wykorzystać ten fakt i pod przebraniem żebraka okradłem jednego ze szlachciców, za co trafiłem tutaj. To wydaje się więc dziwne, ale jestem tu dobrowolnie.
- Akurat – zaśmiał się Nimar. – Nawet jakbyś chciał, to byś nie wyszedł stąd.
- Chłopcze, mówiłem ci już, że wielu mnie nie doceniało. Ale właściwie, mógłbyś mi się przydać.
- Hm, przydać? – spytał Kingstone.
- Tak. Miałbym dla ciebie takie małe zadanie – powiedział Sobies. – Pomogę ci się wydostać z więzienia, a ty w zamian poszedłbyś do mojego przyjaciela i przekazał mu ode mnie wiadomość. Doszedłem do wniosku, że dłużej już tak nie wytrzymam, pora przejść do kontrataku. Albo ja zabije tego maga, albo on mnie, nie widzę innego wyjścia.
- A co ja dostanę w zamian? – zapytał myśliwy. – Przecież jak stąd ucieknę, to cała straż miejska będzie mnie szukać. Jak mnie znajdą, to zabiją bez pytania.
- Tym się nie przejmuj, mój przyjaciel zapewni ci azyl, a gdy już stąd wyjdę, resztą zajmę się ja – wyjaśnił skrytobójca. – Poza tym jeśli mi się uda, pozbędę się naszego wspólnego wroga, tego próżnego Lorda Rizzena.
Po dłuższej chwili Nimar w końcu odparł:
- Zgoda. A więc jaki masz plan?

 

Myślisz, że sobie poradzisz? – upewnił się po raz wtóry Sobies.
- Tak, umiem się dobrze skradać, broń też nie jest mi obca. W końcu jestem myśliwym, bez tego bym nie mógł wyżywić rodziny – przez twarz Nimara przemknął cień, kiedy przypomniał sobie opowieść strażników o jego żonie.
- Dobra – stwierdził wreszcie po chwili skrytobójca, po czym wyjął z połów płaszcza pożółkłą kopertę i dał ją myśliwemu. – Daj to mojemu przyjacielowi Neratinowi. Spytaj
o niego w karczmie „Złamany Sztylet”.
Sobies wyciągnął z mocowania swojej pryczy kawałek żelaznego drucika i podszedł do krat. Po kilku sekundach słychać było metaliczne szczęknięcie i sztaba przytrzymująca stalowe drzwi puściła. Skrytobójca popchnął je, wyszedł z celi i powiedział;
- Idź w lewo aż do wyjścia, potem schodami na górę, po prawej będzie wyjście z budynku. Będę ci towarzyszył aż do tamtego miejsca, dalej będziesz musiał radzić sobie sam, wolę nie ryzykować i nie wychodzić nigdzie, gdzie ten czarodziej mógłby mnie namierzyć, dopóki nie będę gotów. Strażnikami się nie przejmuj – wyciągnął kawałek prowizorycznego sznura upleciony z prześcieradła. – Zajmę się nimi.
Nimar niepewnie wszedł do korytarza i skierował się we wskazanym mu kierunku. Po chwili usłyszał jakże znajome kroki strażników przed sobą, lecz kątem oka spostrzegł jak jakiś cień przemknął obok niego, a w chwilę potem rozległ się zduszony krzyk i przepełnione bólem jęknięcie. Kiedy przeszedł kolejnych parę metrów, zauważył ciała trzech strażników leżące na podłodze. Jednemu z nich brakowało miecza w pochwie. Biorąc przykład ze skrytobójcy, Kingstone również wziął jeden z prostych, krótkich mieczy i zatknął go sobie za pas, po czym ruszył schodami w górę. Spotkał tam Sobiesa stojącego obok zwłok dwójki wartowników
w płaszczu ociekającym krwią, choć domyślał się, że nie była to jego krew. Skrytobójca wycierał właśnie swój miecz o zbroję jednego z martwych strażników i spokojnym gestem wskazał myśliwemu drzwi po prawej, a Nimar nie ociągając się przeszedł przez nie
i z tęsknym zachwytem wciągnął w nozdrza świeże, nocne powietrze, napawając się tą chwilą, po smrodzie nieczystości i zgnilizny lochów. Szybko jednak otrząsnął się i ruszył ścieżką w stronę widniejącej w oddali dzielnicy portowej, lekko oświetlonej, przez poświatę pozostałą po Słońcu, które musiało zaledwie przed chwilą skryć się za horyzontem. Spostrzegła go jednak dwójka wartowników stojących przy bramie prowadzącej do wejścia na terytorium twierdzy, we wnętrzu której mieściły się lochy miejskie. Kingstone nie mając zbyt wielkiego wyjścia rzucił się biegiem w stronę muru otaczającego ten teren i wspiął się szybko na niego i zeskoczył na drugą stronę, słysząc tuż za sobą okrzyki goniących go ludzi. Po odgłosach rozpoznał, że do tamtych dwóch dołączyło jeszcze kilku lub kilkunastu, wolał się nie odwracać żeby to sprawdzić, bo bał się potknąć na nierównym terenie w niemal całkowitych ciemnościach. Kiedy dotarł do linii domów natychmiast zaczął kluczyć
w wąskich uliczkach, ciągle słysząc kroki pogoni. Mieszkańcy wychodzili przed domu zaciekawieni rozgardiaszem wywoływanym przez strażników, co ku jego uciesze znacznie ich spowolniło. Postanowił pobiec prosto do „Złamanego Sztyletu” i tam spróbować szukać pomocy. Po kilku minutach wreszcie odnalazł całkiem spory, drewniany dom, z lekko spróchniałym szyldem przedstawiającym zardzewiały, pęknięty sztylet. Bez wahania wpadł do środka i rozejrzał się.
W środku była tylko piątka klientów i karczmarz, który z wyrazem najgłębszej nudy na twarzy brudną ścierka wycierał jeszcze brudniejsze kufle. Nimar podszedł do niego
i powiedział:
- Ja do Neratina! Mam do niego bardzo pilną sprawę, chcę z nim rozmawiać jak najszybciej!
Na te słowa jeden z siedzących przy stole ludzi szybko zastawił drzwi stołem barykadując je, a innych dwóch chwyciło mocno myśliwego i przystawiło mu nóż do gardła.
- Skąd o nim wiesz? – spytał jeden z nich ochrypłym głosem.
- A co was to obchodzi? – spytał Kingstone drżącym głosem siląc się na odwagę.
Jeden z mężczyzn uderzył go mocno w brzuch, aż całe powietrze wyszło Nimarowi z płuc
i osunął się na podłogę, jednak zaraz tamci brutalnie go podnieśli.
- Skąd o nim wiesz? – ponowił pytanie mężczyzna.
- Powiedział mi o nim taki facet, który przedstawił się jako Sobies. Kazał mi tu przyjść
i zapytać się o niego.
- Jasna cholera! – krzyknął niezwykle chudy jegomość stojący wcześniej z boku zajścia. Podszedł szybko do myśliwego i zapytał:
- Gdzie on jest? Co on robił przez te cztery lata?
- Mam dostarczyć wiadomość Neratinowi. Ale tylko jemu.
Jeden z oprychów wziął już zamach aby zdzielić Nimara w brzuch, lecz chudzielec powstrzymał go skinieniem ręki.
- To ja jestem Neratin – powiedział. – Mów szybko, co się dzieje z Cieniem.
- Z Cieniem? – zapytał myśliwy.
- Tak mówili na Sobiesa przyjaciele.
- Aha. A więc mam dla ciebie wiadomość od niego – wyciągnął pożółkłą kopertę z kieszeni spodni i podał ja chudzielcowi. – Prosił także, abyś dał mi azyl dopóki on nie wyjdzie
z lochów, bo teraz cała straż miejska mnie szuka.
Neratin wziął kopertę, otworzył ją krótkim szarpnięciem, po czym szybko przeleciał wzrokiem po liście, który znajdował się w środku, po czym po chwili namysłu spytał:
- A nie mówił ci JAK mamy to zrobić?
- Co masz na myśli? – zdziwił się Nimar.
Chudzielec pokazał mu list, na którym znajdował się dokładny plan, podpisany jako „rezydencja Rizzena”. Z tekstu obok niego, udało mu się szybko wychwycić o co chodziło.
- O kurwa – powiedział po chwili roztrzęsiony myśliwy. – On chce go pojutrze zaatakować.
Nagle w karczmie rozległo się głośne pukanie.
- Otwierać! Szukamy zbiega i mamy nakaz przeszukania każdej dziury w tym mieście!
Neratin przytomnie popchnął pęknięty kawałek deski w ścianie i otwarło się wąskie przejście, prowadzące krętymi schodami w dół. Wepchnął szybko do środka Nimara i zatrzasnął je za nim, po czym odsunął stół od drzwi i wpuścił do środka strażników.
- Czemu zamknęliście drzwi? – warknął jeden z nich. – Coś ukrywacie?
- A czemu mielibyśmy coś ukrywać? – zdziwił się Neratin. – Po prostu usłyszeliśmy, że po mieście grasuje groźny uciekinier i zabarykadowaliśmy się, żeby się tu nie dostał.
- Dobrze zrobiliście – powiedział największy z wartowników kładąc chudzielcowi ogromną rękę na ramieniu. – Jakbyście go widzieli, to dajcie nam jak najszybciej znać! – dodał, po czym razem z resztą oddziału wybiegł z karczmy.
Przyjaciel Sobiesa odczekał chwilę, po czym zszedł tym samym przejściem, w którym
w przed chwilą zniknął myśliwy. Na dole znajdowała się duża, kamienna komnata, z rzędem łóżek pod jedną ścianą, a także kilkoma stołami, krzesłami, szafkami i półkami. Na ścianach zatknięte były pochodnie, a podłogę wyścielały garbowane skóry zwierzęce, w większości owcze. Po pomieszczeniu krzątało się kilkoro ludzi, a na najbliższej pryczy siedział Nimar.
- Już poszli – zawołał podchodząc do niego. – Musimy się przygotować jak najszybciej
i zebrać jak najwięcej ludzi na pojutrze.
- Chwila – przerwał mu Kingstone. – Jak to MY?
- Chyba nie myślisz, że bezinteresownie udzielę ci schronienia? – zaśmiał się Neratin. – Do tej akcji potrzebujemy każdego człowieka, jakiego uda nam się zwerbować i któremu możemy zaufać. A szczególnie tych drugich jest niewielu. A z tobą mam przynajmniej pewność, że będziesz trzymał gębę na kłódkę.
- Ale... – zaczął Nimar.
- Żadnych „ale”! Damy ci dobrą broń i lekki, ale wytrzymały strój. Jeśli będziesz próbował uciec, nie tylko straż będzie cię ścigać – z tymi słowy chudzielec ruszył w stronę schodów na górę...

 

Gdzie on do cholery jest! – niecierpliwił się jeden ze skrytobójców zacierając nerwowo ręce. – Miał już dawno być!
- Uspokój się Filt – złajał go Neratin. – Ciekawe ile tobie by zajęło wymknięcie się z lochów, szczególnie po ostatnim incydencie.
- Po co my w ogóle na niego czekamy? – odparł asasyn. – Czemu ryzykujemy życiem dla niego?
Nagle jakiś kształt wyskoczył z cienia i szybko zarzucił skrytobójcy cienką żyłkę na szyję
i powiedział cicho:
- Bo wystarczy jedno pociągnięcie i nawet nie zdążysz krzyknąć.
- Sobies! – krzyknął uśmiechnięty Neratin. – Już się bałem, że cię złapali.
Nimar nagle rozpoznał w ciemnej sylwetce byłego współwięźnia.
- Neratin! – ucieszył się skrytobójca, zdejmując śmiertelną zabawkę z szyi Filta. – Bałem się, że nie uda ci się zorganizować ludzi na czas. Mamy trochę czasu, udało mi się wymknąć
z celi niezauważonym, ale niedługo pewnie spostrzegą moje zniknięcie. Poza tym obawiam się, że ten czarodziej może mnie namierzyć.
- Słuchaj – zaczął chudzielec. – Znasz mojego pecha, poza tym nie jestem już tak sprawny jak za młodu. Ja zajmę się strażnikami na zewnątrz, ale wolę nie wchodzić do środka. Tam wystarczy przypadkowa strzała albo nieopatrznie pchnięty sztylet... sam wiesz, nigdy nie lubiłem ryzyka.
- Ech, zgoda – odparł po chwili Sobies. – Szczerze mówiąc liczyłem na twoje wsparcie, słyszałem wiele opowiadań o twoich dokonaniach. Ale i tak wystarczająco mi pomogłeś. Ilu ludzi zebrałeś?
- Trzydziestu czterech – powiedział Neratin. – Mogłem załatwić ich więcej, ale wolałem postawić na dyskrecję.
- I dobrze zrobiłeś – zgodził się skrytobójca. – To nie powinno być trudne. A gdzie ten Nimar co dostarczył ci wiadomość?
- Pójdzie z nami – wyjaśnił chudzielec wskazując na siedząca w cieniu drzewa sylwetkę po czym dodał szeptem. – Wolałem nie ryzykować, zostawiając go w Sztylecie.
- On jest za głupi żeby jakkolwiek zadziałać przeciwko nam – zaśmiał się Sobies. – Poza tym został wrobiony, więc nie ma praktycznie nic wspólnego ze sprawą.
- Może i tak, ale ja zawsze byłem ostrożny.
- Oj Neratin, Neratin, dziczejesz na starość.
- Każdy ma swoje dziwactwa Cieniu – odparł chudzielec.
Po chwili ciszy Sobies w końcu zapytał:
- Ludzie gotowi?
- Aż za bardzo. Czekają już prawie godzinę na ciebie i niecierpliwią się powoli.
- No to na co czekamy? – uśmiechnął się diabelsko skrytobójca. – Ruszamy!
Neratin skinął głową i poszedł wydać rozkazy swoim ludziom. Po kilku minutach wszyscy już szli w kierunku oddalonej o niecałą milę rezydencji. Posiadłość Rizzenów położona była na skraju miasta, dlatego leżała przy samym niemal lesie. Grupka skrytobójców skrzętnie to wykorzystała i podeszła pod samo ogrodzenie niemal niezauważona. Sobies jako pierwszy wspiął się szybko na mur, wykorzystując linę z kotwiczką, po czym bezszelestnie zabił dwójkę strażników w wartowni, po czym dał znak reszcie, że droga wolna. Skoczył na dziedziniec posiadłości i kryjąc się w gęstych krzakach porastających tą część ogrodu, podszedł do pilnujących głównego wejścia ludzi i dwoma celnymi rzutami zatrutych strzałek zakończył ich żywot. Słysząc za sobą stłumione przez grube buty kroki swoich skrytobójców, otworzył drzwi i wszedł do środka budynku.
- Coś za łatwo nam idzie – szepnął ktoś z boku. Sobies odwrócił się w jego stronę i ze zdziwieniem spostrzegł Nimara, niezwykle groźnie wyglądającego w czarnych niczym noc szatach i z dwoma długimi sztyletami u boku.
- To zawsze jest łatwe, jeśli umiejętnie się to robi – wyjaśnił skrytobójca.
- Ale po ostatnich wydarzeniach, Arnan powinien zacząć coś podejrzewać.
- Najwyraźniej zrobił się zbyt pewny siebie – wzruszył ramionami Sobies ciągle skradając się korytarzem naprzód.
Ich rozmowę przerwał strażnik, który nagle wyszedł z jednych z bocznych drzwi zapinając sobie rozporek z uśmiechem na twarzy i na ich widok pobladł, lecz zachował na tyle przytomności, by zawołać na alarm. Była to zresztą ostatnia rzecz jaką powiedział w swoim życiu, które zakończył sztylet jednego z asasynów.
- Szybko! – krzyknął Sobies. – Rozdzielmy się i zabijmy Rizzena zanim ucieknie! – szybko pokazał kilku skrytobójcom by poszli w lewo, on zaś z pozostałymi poszedł prosto, w głąb kompleksu pomieszczeń. Ku jego zdziwieniu Nimar sam poszedł w prawo, lecz nie miał czasu, aby mu to wybić z głowy. Zresztą, nie przejmował się nim za bardzo.
Tymczasem myśliwy postanowił udać się na własne poszukiwania. Jemu nie zależało na śmierci Lorda Rizzena, tylko na odzyskaniu żony i dziecka, którzy prawdopodobnie byli gdzieś tu przetrzymywani, gdyż w domu ich nie zastał. Przemknął przez kilka pustych pomieszczeń, aż wreszcie doszedł do drugiego korytarza. Nagle zza jednych drzwi usłyszał jakieś głosy. Podszedł bezszelestnie do nich i zajrzał przez szparę w drzwiach.
Zobaczył Sobiesa i jego ludzi, otoczonych zewsząd przez ciężko uzbrojonych rycerzy, których w ogromnym pomieszczeniu znajdowały się dziesiątki. Na końcu pomieszczenia
z wyrazem triumfu stał Lord Arnan, a obok niego stała wysoka postać w powłóczystych szatach, która jak się domyślił Nimar była znienawidzonym przez jego byłego współwięźnia czarodziejem Isgotem.
- A więc znowu się widzimy Cieniu – powiedział Rizzen. – Och, zapomniałem ci podziękować wtedy za zabójstwo Lorda Lirka.
Sobies mocno zacisnął ręce na sztyletach, aż pobielały mu knykcie.
- Niestety, twój śmiały plan zabicia mnie dzisiaj nie wypalił, nikt nie jest doskonały – kontynuował Arnan. – Pewnie zastanawiasz się gdzie popełniłeś błąd.
Kiedy Rizzen nie doczekał się odpowiedzi, ciągnął dalej:
- Otóż każdego można kupić, jeśli ma się takie środki jak ja – wskazał na drzwi za skrytobójcą, przez które wszedł Neratin ze spuszczonymi oczami. – W takim zawodzie jak twój, powinieneś najlepiej wiedzieć, że zaufanie jest najgroźniejszą bronią, która prędzej czy później obróci się przeciwko nam skuteczniej, niż jakikolwiek sztylet. – odwrócił się, aby usiąść na rzeźbionym krześle i usłyszał głuchy stukot, kiedy dwa sztylety ciśnięte niewiarygodnie szybko przez Sobiesa zatrzymały się na magicznej tarczy Isgota, zaledwie centymetr od jego głowy.
- Widzę, że nigdy się nie poddajesz. – powiedział lekko pobladły Arnan. – Jednak tym razem przegrałeś. Tym razem mam zbyt wielu ludzi, by udało ci się ich pokonać lub uciec. Gra skończona, trafiłeś na lepszego od siebie.- Usiadł na krześle i oparł brodę na dłoni, po czym machnął ręką i dodał: - Zabić ich.
W końcu strach wziął górę nad ciekawością Nimara więc zaczął szybko biec byle jak najdalej od drzwi, lecz mimo wszystko głośne jęki mordowanych doleciały do jego uszu. Nie mogąc już tego dłużej wytrzymać wbiegł w pierwsze drzwi jakie znalazł i zatrzasnął je za sobą.
Ku jego ogromnemu zdumieniu, znalazł tam swoją żonę, w pięknej, długiej sukni, patrzącej na niego jak na ducha.
- K...kochanie? – spytał niepewnie zdając się nie zwracać uwagi na to, że jego Anna była bardziej przerażona niż ucieszona.
Jego żona po chwili otrząsnęła się i rzuciła mu się w ramiona. Kiedy wziął ją w swoje ramiona poczuł ukłucie w klatce piersiowej, a potem ogromny ból promieniujący na całe ciało. Odszedł krok do tyłu i spostrzegł sztylet wbity aż po rękojeść w swoją pierś. Spojrzał niedowierzająco na Anne, lecz ona choć była blada, to jednak jej twarz wyrażała zdecydowanie.
- A... ale, dlaczego? – spytał czując jak nogi się pod nim załamują.
- Zawsze byłeś naiwny Nimarze. – powiedziała chłodno. – Nigdy nie miałeś praktycznie żadnych ambicji, a ja chciałam opływać w luksusach, żyć jak królowa. – zamilkła na chwilę, po czym dodała – To było miesiąc temu, na rynku spotkałam Arnana. Gapił się na mnie jakby pierwszy raz w życiu kobietę widział, dosłownie rozbierał mnie wzrokiem. – uśmiechnęła się. – Przyjemne uczucie. Mnie jednak interesowało jedynie to, że był obrzydliwie bogaty. Tylko ty stałeś na przeszkodzie, ale jak widzisz jakoś sobie poradziliśmy z tym... problemem. To już jest koniec Nimarze, to nie jest bajka i nie skończy się szczęśliwie. Żegnaj kochanie – Anna pocałowała swojego męża w usta, po czym szybko wyszła drzwiami zamykając je wraz ze swoją przeszłością za sobą.
Nimar zamknął oczy i zatonął w kolejnej fali bólu, czując jak świat dookoła rozmywa się...

 

tojestdobrew : :
Do tej pory nie pojawił się jeszcze żaden komentarz. Ale Ty możesz to zmienić ;)

Dodaj komentarz